Wyssane z Pisma

3 x w tygodniu opisuję słowo, którym się karmię

Nie mam NIC do stracenia

Trudno, myślę, nie zaszkodzi spróbować żyć naprawdę dla Boga. Przecież nic nie tracę, przeciwnie! I to nie jest nowa myśl (był zakład Pascala), ale na świeżo objawiona, wyśniona.

Śniło mi się, że zostałem zahibernowany. Jak zlodowaciała żaba w leśnej ściółce siedziałem w chłodni przez około pięćdziesiąt lat. Kiedy się obudziłem, wielu moich krewnych, przyjaciół i znanych ludzi już umarło, moja narzeczona była doświadczoną staruszką, a świat był już nie ten, co dawniej. Moje rzeczy, uporządkowane przez rodzinę, mieściły się w jednej walizce. Nadal miałem przed sobą większość lat swojego życia, ale… to oczywiste: kompletnie się załamałem, mistrzostwo świata w depresji.

Wtedy, jeszcze śniąc, zadałem sobie pytanie: – Czy mam jeszcze po co żyć? Wszystko jest inne, wszystko zmieniło się nieodwracalnie. Nie ożenię się już z kobietą, którą kochałem nad życie pół wieku temu. A choćbym nawet… Boże! Po co ja się w ogóle budziłem! To moje drugie życie jest nic nie warte! Zaraz… Czy to znaczy, że moje pierwsze życie było warte dokładnie tyle, ile straciłem? – Obudziłem się z gotową odpowiedzią: nie! Jest COŚ więcej i to nadaje smak, wartość całej reszcie, którą powinienem być gotów stracić, opuścić. Na co mi to? Zresztą gdy zacznę drugie życie jakby po hibernacji, zyskam stokrotnie. Zrozumiałem…

Wtedy Piotr odezwał się do Niego: – Oto my zostawiliśmy wszystko i poszliśmy z Tobą. – Jezus odpowiedział: – Zapewniam was, kto ze względu na Mnie i na ewangelię opuścił dom, braci, siostry, matkę, ojca, dzieci lub pola, otrzyma już teraz, w tym czasie stokrotnie więcej domów, braci, sióstr, ojców, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a w przyszłości życie wieczne. (Mar. 10:28-31, BE).

Jest taki (k)raj…

Wszyscy go szukają, a nikt nie wierzy, że istnieje. Opowiada się o nim legendy, jakoby kiedyś istniał i został utracony, a on wciąż jest, choć nieuchwytny. Co za kraj, jakiś raj?

Andreas Altmann, niemiecki autor książek podróżniczych, wydał rok temu rodzaj autobiografii pod długim tytułem: Das Scheißleben meines Vaters, das Scheißleben meiner Mutter und meine eigene Scheißjugend, tzn. Gówniane życie mojego ojca, gówniane życie mojej matki i moja własna, gówniana młodość. Ten człowiek wychował się w religijnej rodzinie zatrutej przemocą i obłudą, w katolickiej szkole i… prawdopodobnie wie wszystko o zgorszeniu kościołem i religijnością. I wylał to na papier. Jedna jego myśl zapadła mi w pamięć: – Kościołowi chodzi o to jedno, co jest celem zawsze i wszędzie: o władzę. Osiąga ją i podtrzymuje poprzez terror poczucia winy, który zaczyna się już od kołyski, dzięki idei grzechu pierworodnego. – Współczuję szczerze Altmannowi i wielu jemu podobnym, bo doświadczył zła w imię Boga i pewne drzwi w jego sercu, jak sam napisał, zostały zatrzaśnięte do końca życia. To jest właśnie zgorszenie, chleb nasz powszedni.

A jednak jest taki kraj, który przeczy wszelkiemu zgorszeniu, zwany przez marzycieli rajem na ziemi, a przez żydów i chrześcijan Królestwem Bożym. To przestrzeń, gdzie jest sprawiedliwość, jest pokój i jest radość – rzeczy powszechnie pożądane i nie do kupienia. Ten kraj jest w ludzkich sercach, bywa w kościele i przyjdzie bezwzględnie razem z Chrystusem. „Jest taki kraj!” – to jest dobra nowina, którą niósł Jezus i nie pozostawał gołosłowny. Wciela(ł) te idee w życie tych, którzy chcieli przyjąć jego miłość i panowanie.

On [Jezus] zaś rzekł do nich: Muszę i w innych miastach zwiastować dobrą nowinę o Królestwie Bożym, gdyż na to zostałem posłany. (Łuk. 4:43, BW)

Dziesięć srok za ogon

Tyle nie złapię, a mimo to próbuję, bo zawsze to, co teraz, jest mniej atrakcyjne od tego, co za chwilę, za miesiąc, za rok. Spontan pełną gębą! Powinna być radość, a co jest? Zmęczenie.

Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas [w skrócie] sadzenia / wyrywania, zabijania / leczenia, burzenia / budowania, płaczu / śmiechu, narzekania / pląsów, rozrzucania kamieni / zbierania kamieni, pieszczot / wstrzymywania się od pieszczot, szukania / gubienia, przechowywania / odrzucania, rozdzierania / zszywania, milczenia / mówienia, miłowania / nienawidzenia, wojny / pokoju. (Kazn. 3:1-8, BW)

Interpretowałem ten popularny fragment w utarty sposób: no tak, nie da się złapać dziesięciu srok za ogon. Kiedy robię jedno, drugie musi poczekać. Pamiętam na przykład historię o młodej kobiecie, która zwierzyła się swej matce, że po urodzeniu dziecka czuje, jakby czas jej uciekał przez palce. A młoda babcia powiedziała: nie przejmuj się, to taki czas, czas na dziecko. Przyjdzie czas na inne sprawy – jutro, za miesiąc, za dwa lata, ale teraz jesteś tutaj. Nie rozerwiesz się.

To wszystko brzmi ładnie, mądrze i… trochę bez sensu, jak słynne maksymy Kazimierza Górskiego, w stylu Mecz można wygrać, przegrać albo zremisować. Co z tego wynika, że każda sprawa pod niebem ma swoją porę? Pomocy! Czytam kontekst (Kazn. 3:9-11): to Bóg zaplanował te okresy, a w moje serce włożył wieczność (!). Oto klucz do tego, by cieszyć się i używać życia bez względu na czas i porę. Z kolei radość jest kluczem do wydajności, bo jak jestem zadowolony, to robiąc jedną rzecz, nie myślę o następnej; jak praca, to nie facebook, jak pieszczoty, to nie kanapki z pasztetem…

Nie tracę wątku – cz. 3

Dziś opisuję ostatni z trzech krótkich dialogów (patrz: Łuk. 9:57-62), które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować.

Potrzebne mi tylko krótkie tło, dla porządku. Pierwszy człowiek sam zgłosił się do Jezusa jako uczeń i musiał się liczyć z tym, że rozpocznie życie w drodze, bez stałego kąta, gdzie mógłby się przytulić. Do drugiego człowieka Jezus zwrócił się sam: – Pójdź za mną! – A tamtemu właśnie zmarł ojciec. Pochować – to była jego zwyczajna, ba, nawet święta powinność. Stanął przed wyzwaniem: zaufać Jezusowi, że ten wie, co mówi. Wszystko się dobrze ułoży, gdy w pierwszej kolejności zajmie się Królestwem Bożym. I w końcu trzeci człowiek, też powołany przez Jezusa, chciał sobie zostawić „tyły”, zanim pójdzie z mistrzem.

Powiedział też inny: – Pójdę za tobą, Panie, pierwej jednak pozwól mi pożegnać się z tymi, którzy są w domu moim. – A Jezus rzekł do niego:
– Żaden, który przyłoży rękę do pługa i ogląda się wstecz, nie nadaje się do Królestwa Bożego. (Łuk. 9:61-62, BW)

Ja widzę tu siebie w roli jednego z dwunastu, jak mówię Jezusowi, komentując: – Wyluzuj, Panie, on chce tylko pożegnać swoich bliskich. – A Jezus nieustępliwie do tamtego: – Stary, chcesz iść ze mną i mówić o Królestwie, czy nie chcesz? Twoja decyzja, teraz, co robisz? Nie ma nic cenniejszego, więc jeśli powiesz „tak”, to już nie warto wyskakiwać z wagonika.

Ostatecznie Królestwu potrzebni są ludzie o trzech cechach: 1. świadomi i chętni do znoszenia niewygód, 2. mający właściwe priorytety, 3. gotowi do natychmiastowych działań.

Nie tracę wątku – cz. 2

Są takie trzy krótkie dialogi (Łuk. 9:57-62), które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować. Dziś opisuję dialog drugi.

Pisałem już o sytuacji typowej dla kultury żydowskiej, jak to przychodzi człowiek do nauczyciela i woła: – Rabbi, chcę być twoim uczniem, bądź moim mistrzem! – A Jezus na to: – U mnie nie znajdziesz schronienia, bo ja sam go nie mam. – To parafraza. Skądinąd wiadomo, że Jezus od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku. (Jan. 2:25, BW). Można więc sądzić, że odpowiedź, jaką dał potencjalnemu uczniowi, dostosował do jego nieujawnionych oczekiwań. Wniosek: kiedy to ja wybieram Boga, prawdopodobnie wyobrażam sobie tę „nową drogę życia” inaczej niż On. Lepiej jest, kiedy to Jezus pierwszy mnie kocha, wybiera, chce, powołuje. On ma lepszy plan.

Do drugiego zaś rzekł: Pójdź za mną! A ten rzekł: Pozwól mi najpierw odejść i pogrzebać ojca mego. Odrzekł mu: Niech umarli grzebią umarłych swoich, lecz ty idź i głoś Królestwo Boże. (Łuk. 9:59-60, BW)

Znów trzeba założyć, że słowa Jezusa padły pod tym warunkiem: znał myśli człowieka, z którym rozmawiał. Nie powiedziałby przecież: – ludzie Izraela! Od dziś nie grzebiemy zmarłych, wszyscy za mną! – Nie. Nie chodziło o generalną zasadę, ale o pewien newralgiczny moment. Kiedy Jezus woła: – Pójdź za mną! – To co? Może se wołać. W tej chwili nie On jest najważniejszy. A czemu? Bo Mu nie ufam. A On wie, co mówi, wie że zmarłemu tatusiowi nic się nie stanie, psy go nie zjedzą. I, co ważne, zawsze daje kolejną szansę. Nie mówi: – A, idź do diabła! – Nie, wzywa ponownie, mówi: – Idź i głoś Królestwo.

Nie tracę wątku – cz. 1

Są takie trzy krótkie dialogi, które uczą, czego NIE robić, żeby nie stracić wątku, robić to, co najważniejsze i niczego potem nie żałować. Pochodzą z jednego fragmentu (Łuk. 9:57-62).

Dziś dialog pierwszy. Oczywiście z jednej strony jest Jezus, a z drugiej… jakiś ktoś, powiedzmy ja, który rozpoznaję w Jezusie mistrza. To dziwnie brzmi dla współczesnego człowieka, bo dziś mało jest mistrzów, bo… ludzie ich nie szukają i nie znajdują. Nie ma pogoni za autorytetem. A szkoda. U Żydów jednak było i jest inaczej. Jest to zwykła sytuacja:

Gdy tedy szli drogą, rzekł ktoś do niego:
– Pójdę za tobą, dokądkolwiek pójdziesz. – A Jezus rzekł do niego:
– Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił. (Łuk. 9:57-58, BW)

Kolega trafił na człowieka niezwykłego, na Jezusa Chrystusa. Dobrze trafił. Jezus nie był mistrzem w stylu Pai Meia (Kill Bill), który ma swój pałacyk i tam walą do niego tłumy adeptów. Owszem, mieszkał gdzieś (ponoć w Kafarnaum), ale nie uczynił sobie tam żadnego „centrum posługi”, najlepiej z wielkim szyldem „Jesus Ministries”, jak w Ameryce.

Jego odpowiedź mogła kandydata na ucznia zbić z tropu, zdziwić, nawet zniechęcić, ale nie oznaczała, że Jezus go odrzucił, czy uznał, że się nie nadaje. Po prostu stwierdził, że na wstępie dobrze będzie ostudzić emocje i wyprostować wyobrażenia. Chcesz iść za mną? Dobrze, ale proszę, nie próbuj kopać sobie jamy jak lis, ani wić gniazdka jak ptak, nie próbuj budować poukładanego życia. Bo stracisz z oczu to, co najważniejsze: Królestwo Boże.

Pieniądze. Kochać czy nie?

Patrzę na kilka rzeczy, które są dla mnie w życiu najważniejsze, patrzę od dłuższego czasu i widzę, że wszystkie one są niesione przez prąd rzeki… pieniędzy. Ohydne, nieprawdaż?

Obrzydza mnie i dziwi, że sukces człowieka jest zależny od pieniędzy. Na przykład Job (Hiob) to był chodzący sukces; w rodzinie (Job. 1:2), w biznesie (Job. 1:3), a co najciekawsze, także w służbie (wolontariat, postawa obywatelska etc.). Job mówi o sobie:

Bo uratowałem ubogiego, gdy wołał o pomoc, sierotę i każdego, kto nie miał opiekuna. Błogosławieństwo ginącego zstępowało na mnie, serce wdowy rozweselałem, przyodziewałem się w sprawiedliwość i ona mnie okrywała; moja prawość była mi jakby płaszczem i zawojem. Byłem oczyma dla ślepego i nogami dla chromego. Byłem ojcem dla biednych i rozpatrywałem sprawę nieznajomego. Kruszyłem szczęki krzywdziciela i wyrywałem łup z jego zębów. (Job. 29:12-17, BW)

Cudowne! Kiedy to czytam, aż rośnie mój apetyt na życie. Ale pada pytanie jak cień: czy Job mógłby to wszystko robić, gdyby nie był obrzydliwie bogaty? Czy Job, gdy leży w trądzie i popiele, nadal jest człowiekiem sukcesu? On sam powiedział: BYŁEM ojcem dla biednych. A więc już nie jest, bo co? Bo stracił pieniądze?! Nie no, załamię się. Przecież Jezus NIE powiedział: szukajcie najpierw pieniędzy, a sprawiedliwość Królestwa (w stylu Joba) będzie wam dodana. Powiedział coś wprost przeciwnego! (Mat. 6:33, BW) …i miał rację. Job jest dowodem; przeżył 140 lat i bojaźń boża, pokora, pragnienie sprawiedliwości były u niego zawsze, a pieniądze, i to w ogromnej ilości – też, wyjąwszy może jeden rok cierpienia. Zatem dzięki bożej łasce miał pieniądze, a więc i siłę wyrządzania ludziom wielkiej ilości dobra.

Nie pękam! Jak Rut

Chodzi to za mną od paru dni: zbieraj te kłosy, zbieraj, rób, nie pękaj! To się opłaci, tak jak opłaciło się Rut. Pytam więc: co było sekretem jej sukcesu? Przecież nie tylko pracowitość.

Rut była wspaniałą kobietą. Ale swoją księgę w Biblii ma nie tylko dlatego, że została prababcią króla Dawida. Myślę, że ogromne znaczenie ma jej postawa. Była Moabitką, ale poślubiła Żyda. Pechowo zmarł ojciec tego męża, a potem on sam, wraz ze swoim bratem, który też miał żonę-Moabitkę. Wiem, skomplikowane, ale sytuacja się klaruje! Są teraz trzy kobiety: Noemi i jej synowe, czyli Orpa i Rut. Orpa za namową Noemi poszukała nowego męża, ale Rut się uparła i wróciła z Noemi do jej rodzinnego Betlejem. Odważna, uparta Rut. Związała się z Noemi na śmierć i życie (por. Rut 1:16-17). Po co? Mało wycierpiała? Może z litości? A może wbrew rozsądnym przesłankom czuła, że prawdziwe błogosławieństwo czeka ją właśnie tam, w Betlejem? Wykonała ruch: poszła zbierać kłosy (dziś pewnie zbierałaby makulaturę). A Bóg wykonał resztę.

A sługa postawiony nad żeńcami odpowiedział [Boazowi]:
– Jest to młoda Moabitka, która powróciła z Noemi z pól moabskich. Powiedziała ona do mnie: Chciałabym za żeńcami zbierać i składać kłosy między snopami; a odkąd tylko przyszła rano, trwa przy pracy aż dotąd, ani chwilki nie odpoczywa. (…)
A Boaz odpowiedział jej, mówiąc:
– Opowiedziano mi wszystko dokładnie, jak postąpiłaś ze swoją teściową, gdy umarł twój mąż, że opuściłaś swego ojca i swoją matkę, i swoją ziemię, w której się urodziłaś, i poszłaś do ludu, którego przedtem nie znałaś. Niech ci wynagrodzi Pan twój postępek i niech będzie pełna twoja odpłata od Pana, Boga izraelskiego, do którego przyszłaś, aby się schronić pod jego skrzydłami. (Rut 2:6-7, 11-12, BW)

Wizjoner? Czemu nie!

Może to ryzykowne, publikować coś takiego. Ale, ostatecznie, czy jest coś nienormalnego w wizjach, w tym, że Bóg coś mówi? Absolutnie nie! A ja miałem bardzo ciekawą wizję.

Bóg powiedział mi: – Napisz coś o mojej sprawiedliwości. – Ja pytam: – A czym jest twoja sprawiedliwość? – On na to: – Pokażę ci. – I widzę, że rozwija przede mną mapę. Myślałem najpierw, że to mapa Europy, widzę w centrum taki średni, szary kraj… To Polska. – Myślę. – Pewnie zaraz powie mi, dlaczego ten i ten naród ma takie a takie granice. Jakaś tam „dziejowa sprawiedliwość”… – Nie. – Mówi Bóg. – To jest mapa chrześcijan. Każdy z krajów to inna grupa, która różni się od reszty tym, że na pierwszym miejscu w życiu stawia inną wartość, cnotę. – Wtem zobaczyłem, że szary kraj (albo srebrny), który dostrzegłem na początku, rozpoczął ekspansję. Ten kraj na pierwszym miejscu stawiał wiarę. Powiększał się i wchłaniał inne królestwa, jedno po drugim. W końcu, na południu, pozostało tylko jedno odrębne królestwo, koloru żółtego (albo złotego), które na pierwszym miejscu stawiało uczynki. Srebrny kraj wiary zaczął napierać na złoty – uczynków, aż w końcu granica pękła. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Złoty kraj rozlał swoją barwę na srebrny, aż wypełnił go, nadał mu swój charakter, choć formalnie został anektowany. To pokazało mi, że wiara jest warunkiem do pozyskania wszystkich innych cnót. Jest szara i pozostaje szara, wchłaniając, podporządkowując sobie różne kolory, tzn. wyobrażenia o Bogu. Jest srebrna i cenna, ale jeszcze cenniejsze, bo złote, są uczynki. Jak srebrny kraj anektował złoty, tak i ja tylko przez wiarę mam dostęp do świętego życia i uczynków. Jak pisze Jakub (znamy to wszyscy), Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie. (Jak. 2:17, BW). A czemu ta mapa miała mówić o bożej sprawiedliwości? Bo sprawiedliwość to nie tylko unikanie bezprawia (tu przydaje się wiara), ale też działanie w ramach tego prawa, a więc działanie dobre (uczynki).

Odkryłem tajemnicę kobiet

Zjawia się ona. Lśni! I to nie tylko niebywałą urodą i czystością. Każda kobieta wie, że sekretem blasku jest przednia suknia. A więc mamy ją, oblubienicę ubraną w bisior.

Zawsze myślałem, że „bisior” to jakiś, przepraszam za wyrażenie, jebutny wisiorek. I słusznie, bo tak też się mówi na ciężki, okazały naszyjnik, zwłaszcza na wschodzie, bo z ruskiego się to wzięło. Ale kiedy czytam apokalipsę św. Jana, to bisior oznacza jedwab morski, tkaninę bodaj najcenniejszą na świecie, bo przędzę do niej, podobnie jak prawdziwe perły, produkują małże. Bisior to jasna tkanina połyskująca na złoto, niezwykle lekka, nieraz wręcz przeźroczysta i, na szczęście dla małży, dzisiaj już prawie zapomniana.

Weselmy się i radujmy się, i oddajmy mu chwałę, gdyż nastało wesele Baranka, i oblubienica jego przygotowała się; i dano jej przyoblec się w czysty, lśniący bisior, a bisior oznacza sprawiedliwe uczynki świętych. (Obj. 19:7-8, BW)

Kobieta zrozumiałaby to w pełni, bo wie jak to jest: marzyć o jakiejś sukni. Przepraszam, najpierw o imprezie, na którą warto się wystroić, potem o sukni, dodajmy, z najwyższej półki, poza zasięgiem. Tylko cicha nadzieja: „może będzie mi dane” się w to ubrać! Kobieta wie, jak silne to jest pragnienie. Ja nie wiem, domyślam się tylko i wczuwam. A robię to nie bezpodstawnie, bo przecież też jestem oblubienicą, jako część kościoła, „bożego ludu”. Jeśli więc przygotowuję się na pełne poddanie Jezusowi (Barankowi) w roli żony i na wesele z nim, to o czym marzę? O sukni z bisioru! O sprawiedliwych uczynkach. Z powodu ludzkiej, słabej natury mogę sobie pomarzyć… I marzę, i mam nadzieję, że będzie mi dane ubrać się w te uczynki. Tak, jest mi dane! Bo mam wiarę i już żadna suknia nie jest poza zasięgiem!

Post Navigation

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.