Wyłam się, dawaj się

Niektórzy sądzą, że pobożnie jest więcej dawać niż brać. Nieprawda. Patrząc na ten bilans uczciwie, nigdy nie „wypłacę” się za to, co dobrego dostałem. Nawet najbardziej pokrzywdzeni przez los ludzie, gdy zaczną dostrzegać dowody łaski, mogą się przekonać, że to jest nieskończona lista.

Odkryłem, że pobożność, w ogóle Królestwo Boże polega na czym innym: zamiast kupować i sprzedawać, raczej brać i dawać. Różnica tylko pozornie jest nieznaczna. Na tyle, na ile wyłamuję się z systemu tego świata „płacę-żądam”, na tyle jestem synem Królestwa. Jezus naucza:

Temu, kto cię prosi, daj, a od tego, kto chce od ciebie pożyczyć, nie odwracaj się. (…) Miłujcie waszych nieprzyjaciół, błogosławcie tym, którzy was przeklinają, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą i módlcie się za tych, którzy wam wyrządzają zło i prześladują, abyście byli synami waszego Ojca, który jest w niebie. (…) Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, jakąż macie nagrodę? Czyż i celnicy tego nie czynią? (Mat. 5:42,44-46, PUBG)

Można to streścić jednym słowem: bezinteresowność. Może się przejawiać w pracy, wolontariacie, wobec czyjejś złośliwości, ale też w rodzinie i wśród przyjaciół (daję więcej, niż spodziewam się dostać). Mogę też np.wybaczyć w duchu i posłać miły uśmiech kasjerce, która koszmarnie się ślamazarzy i marnuje mój czas. Mogę być filantropem. Mogę robić wszystko, co wykracza poza logikę prostej wymiany dóbr i usług, życzliwości, czasu itd. „Kocham tych, co kochają mnie”.

Ciekawe, że jednym ze znaków czasów ostatecznych będzie to, co opisał Jan:

[Bestia] sprawia, aby wszyscy, mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy, przyjęli znamię na prawą rękę lub na czoło i aby nikt nie mógł kupić ani sprzedać, tylko ten, kto ma znamię, imię bestii lub liczbę jej imienia. (Obj. 13-16-17)

Nieraz myślałem: jak będą żyć ci, którzy nie przyjmą znamienia? Alternatywa jest jedna: będą dawać i brać, brać i dawać. Ale nie muszę czekać, aż apokaliptyczna wizja się urzeczywistni. Mogę już teraz to stosować. Jest tylko jeden problem… nie chce mi się. Niby dlaczego mam dawać?

– Muszę zadbać o siebie. Jak zawsze. Jedyne, co w życiu dostałem, to pogarda. Owszem, gardzę sam sobą. Pozostaje walka: wydrzeć innym to, na co zasługuję i zapracowałem. Ale dawać? Nie. – Na to jest jedno lekarstwo: łaska. Od tego się zaczyna.

Reklamy

Samo się nie zbawi

Uwaga, moi ewangeliczni bracia i siostry, będę ocierał się o herezję. No bo jak można kwestionować niezbywalne prawo wstępu do nieba nabyte przez nowe narodziny? No jak? Nie wiem, ale Ezechiel pisze w imieniu Boga tak:

Odrzućcie od siebie wszystkie wasze występki, którymi wykroczyliście, a uczyńcie sobie nowe serce oraz nowego ducha. Dlaczego macie ginąć, domu Israela? Nie pragnę śmierci tego, co umiera – mówi Pan, Wiekuisty. Nawróćcie się i żyjcie! (Ezech. 18:31-32, NBG)

To ciekawe, po pierwsze dlatego, że jest skierowane do Wybranych, czyli jakby do ciebie i do mnie też. Czyli wisi nad nami groźba śmierci? A jednak? A czemu nie? Po drugie, dobra wiadomość jest taka, że Bóg, cokolwiek bym (złego) robił, tej śmierci sobie nie życzy. Nie czeka z utęsknieniem, aż ślepy wlezie w dziurę, wpadnie w dół i skręci kark. Ale woła: stój, zawróć!

Trzecia rzecz ciekawa: jak to ma być, że zawrócę? Czego potrzebuję ja – ślepy? Odnowionego umysłu, serca. Każdego dnia. Mam sobie to serce sprawić, odnowić, wymienić, obrzezać sam? Czy to Bóg zrobi? I tak, i tak. No proszę! Polecam wyszukać „serce” i postudiować Biblię. Naprawdę: raz Bóg mówi „zrób to sam”, a innym razem „zrobię to Ja”.

Bo tu nie ma miejsca na dogmaty i paradygmaty. Ja robię krok, Bóg dodaje sił i łaski. Zwracam uwagę na „ROBIĘ”. Bo jak pisze Jakub, „jak ciało bez ducha jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa” (Jak. 2:16 PUBG). Tu znowu: szok! Fizyczny uczynek jest czymś bardziej duchowym niż siedząca w mózgu wiara!

Kochani, na miłość boską, trzeba nam choćby kiwnąć palcem! Samo się nie zbawi!

Patrz, na czym siedzisz

Mądrzy, a właściwie nie mądrzy, tylko mędrkujący ludzie krótko po reformacji zaczęli się zastanawiać, czy w ogóle Bóg zbawia albo karze, czy może jest tylko wielkim architektem lub zegarmistrzem, który puścił w ruch ten glob i układ kosmiczny, a potem przestał się interesować, jaki tu się wyprawia bajzel.

Natomiast Biblia jest warta uwagi o tyle, że może zawierać cenne porady, wskazywać na zasady działania tego mechanizmu, zwanego światem. Jednak nie ma mowy o „tekście natchnionym”, bo przez kogo? Bóg nie jest osobowy, nie może „tchnąć” Ducha, nie ingeruje… 

Ten pogląd, zresztą niespójny i sam w sobie będący powodem sporów, nazwano deizmem. A ta nazwa, jak każdy -izm, brzmi mądrze. Tylko… nie wytrzymuje konfrontacji z samym Pismem i życiem. O mądralach-deistach wypowiada się sam Bóg ustami proroka Sofoniasza:

Tego dnia przeszukam Jeruszalaim z pochodniami oraz nawiedzę ludzi osadzonych na swoich drożdżach; tych, co mniemają w swoim sercu: Wiekuisty nie czyni ani dobrego, ani złego. Ich mienie pójdzie na łup, a ich domy będą pustkowiem (Sof. 1:12-13a, NBG)

Bóg planuje udowodnić, że JEST, karając. Dlaczego tak? Bo po dobroci już próbował. Zauważmy! Na czym siedzą ci ludzie, których zamierza „nawiedzić”? Na drożdżach. Pieką sobie swój chlebek, pędzą sobie winko, jedzą, piją i są zadowoleni… z siebie. Nie dopuszczając myśli, że pełnymi garściami czerpią z bożych darów, na które przecież nie zasłużyli.

Nie wiem jak wy, ale ja planuję nie popełniać ich błędu. – Patrz, na czym siedzisz! – Mówię sobie. – Może nie śpisz na pieniądzach, ale na drożdżach…

Bezczelny kaznodzieja

Szokujące wyznanie Dawida z Psalmu 51 przypomniało mi, że jeśli idę drogą, to zawsze mam dwa rowy, w które mogę wpaść. Inaczej mówiąc, jeśli nie trzymam się zasady „złotego środka”, łatwo zacznę popadać w skrajności.

Przykładem, jednym z tysiąca, może być to, jak postrzegamy kaznodzieję. Albo w ogóle każdego, kto ośmiela się uczyć o Bogu, namawiać do pokuty itd. Od takiego wymaga się więcej. Taki otrzyma surowszy wyrok. Grzeszny kościół nie ma siły przekonywania, jaką ma święty kościół. To wszystko prawda.

Ale z drugiej strony, zauważmy, co pisał Dawid, „gdy go odwiedził Natan, prorok, po przyjściu do Batszeby” (Ps. 51:2):

Zmiłuj się nade mną, Boże, według Twojej łaski; obmyj mnie zupełnie z mojej winy, oczyść mnie z mojego grzechu… Rozgrzesz mnie… Serce czyste stwórz wewnątrz mnie, Boże, i odnów we mnie stałego ducha. Nie odrzucaj mnie… Przywróć mi radość Twojego zbawienia i pokrzep mnie duchem gorliwym. 

…a wtedy… co? „Będę już grzecznie i cicho siedział”? Nie! Czytajcie dalej:

Wtedy będę nauczał przestępców Twoich dróg, i grzesznych, aby do Ciebie powrócili.. 

– To mówi człowiek, który dopiero zgrzeszył i to ciężko, obrzydliwie. – Jak może być tak bezczelny?  – Chciałoby się zapytać. Ledwie się splamił i chce pouczać innych?!

Tak krzyczy legalizm. Wiara w siebie, że „dobrze, teraz będę tak święty, tak dużo dla Królestwa Bożego zrobię, że ludzie uwierzą, że TO DZIAŁA!” – To tylko z pozoru pobożne słowa. I nawet fundament mają słuszny: powinniśmy przecież być święci, jak Bóg jest święty. Świecić przykładem (świecy się nie chowa pod koszem – uczył Jezus).

Cała reszta to kłamstwo. Nie jestem źródłem zbawienia. Bóg nim jest. I właśnie w chwili, gdy się czuję najbardziej słaby, pamiętając, że byłem tak brudny, zeszmacony, biedny i niegodny, i wszystko zawdzięczam Tacie, wdzięczny za przebaczenie i nową godność, wtedy najlepiej mogę uczyć „przestępców Jego dróg”. Obłuda? Nie, właśnie wszystko inne będzie obłudą.

Jak niebo a ziemia

Tak mówimy, kiedy chodzi o diametralną różnicę. Ajfon 6 i ten stary samsung to jak niebo a ziemia. Mój stary i nowy szef… – zupełnie inna bajka. Myśli Boga, a myśli nasze – podobnie…

Bo Moje myśli nie są jak wasze myśli, ani wasze drogi jak Moje drogi – mówi Wiekuisty. – O ile niebiosa przewyższają ziemię, o tyle Moje drogi przewyższają wasze, a Moje myśli – wasze myśli. (Iz. 55:8-9, NBG)

Jedno słowo wytłuściłem: „bo”. Bo ten fragment jest poprzedzony wyjaśnieniem: skąd wiadomo, że myśli Boga są tak zupełnie różne od naszych? W czym się objawia ta różnica? Że On jest wszechmocny i wszechwiedzący, a my ograniczeni? Nie, nie o to chodzi. Że On jest Święty i dobry, a my… niezupełnie? Pudło. Bo jest mądrzejszy? Też nie to.

Ale co sprawia, że nas przewyższa? W czym Jego myśli są tak niebotycznie inne, lepsze od naszych – ludzkich? Dobrze, już was nie trzymam dłużej w niepewności:

Niechaj niegodziwy porzuci swoją drogę, a mąż bezprawia swe zamysły. Niech zawróci do Wiekuistego, a ulituję się nad nim; do naszego Boga, gdyż szczodrym jest w odpuszczaniu. (Iz 55:7, NBG)

Dowodem na wyższość myśli Boga nad myślami ludzkimi jest fakt, że On przebacza. My – nie. Nie wchodzę tu w filozofię; co leży lub nie w ludzkiej naturze. Mówię, jak jest w życiu. Nie jestem skłonny do przebaczania. Odpuszczanie win przychodzi mi z wielkim trudem.

Być może dlatego właśnie tak trudno mi wierzyć, że Bóg taki nie jest. On przybliża się do mnie, a jego przebaczenie jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zrobić rachunek sumienia i… powiedzieć: poddaję się. To dlatego czytam:

spełniajcie sprawiedliwość; bowiem bliskie nadejścia jest Me zbawienie i objawi się Moja łaska (Iz. 56:1)

I dlatego Jan Chrzciciel i Jezus nawoływali: „upamiętajcie się, przybliżyło się bowiem Królestwo”. Piękne.

Biała flaga

Gdzie oni są, gdzie wszyscy moi gnębiciele ele ele ele…?! 

Tak oto sprofanowałem tekst Grzegorza Ciechowskiego. W „Białej fladze” Republiki byli dawni przyjaciele, którzy zdradzili ideały młodości.

Tu jest inna „biała flaga”; którą podnoszą gnębiciele, wrogowie… czyi? Moi, tak. W jakim sensie? Weźmy fragment księgi Izajasza:

Oto się zawstydzą i będą pohańbieni wszyscy, którzy pałają gniewem przeciw tobie; twoi przeciwnicy obrócą się w niwecz i wyginą. Będziesz ich szukał – ale nie znajdziesz, tych ludzi twojej zwady. Mężowie, którzy cię chcieli zwalczyć, będą jak nicość i marność. (Iz. 41:11-12, NBG)

I ciekawe, że zaraz później (Iz. 42:3) jest mowa o Tym, który ten ratunek przyniesie, o Jezusie – Mesjaszu:

Nadłamanej trzciny nie złamie i tlącego się knotu nie zgasi; według prawdy rozniesie sąd.

I jak to wyglądało w praktyce? Izrael był tą trzciną nadłamaną i tlącym knotem? Tak. Ale czy Jezus obrócił w niwecz, pohańbił i zawstydził Rzym – pogańskiego okupanta? Czy o to chodziło? Przypominam sobie tę scenę, gdy Jezus mówi „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień”…

A Jezus podniósł się i nie widząc nikogo oprócz tej kobiety, powiedział do niej: Kobieto, gdzież są ci, którzy cię oskarżali? Nikt cię nie potępił? (Jan 8:10, PUBG)

I oto wszystko „nie tak”; faryzeusze, to jest ci uciskani przez wroga, nagle sami stają się oprawcami. A nie byli strażnikami prawa i sprawiedliwości? Gdzie jest zapowiadany sąd? Sąd się odbył. Jezus nie tuszował prawdy o prostytutce. A prawda, tj. światło są równoznaczne z sądem.

Wyrok też był jasny. Zabrakło tylko egzekucji. I to jest dokładnie to, co przeżywam ja i każdy inny człowiek, który zaufał Jezusowi; ulga, bo cudownie stało się tak, że zostałem ułaskawiony. Mój oskarżyciel, gnębiciel wywiesił białą flagę. Po prostu odszedł. Zniknął. Szukałem go, ale nie znalazłem.

Ten, który przemawiał przez usta innych albo wprost w mojej głowie szeptał katalog moich grzechów, zamilkł. Żeby to się stało, musiałem zrobić tylko jedno; stojąc jak tamta prostytutka, usłyszeć głos Bożego „Wybrańca”: „I ja ciebie nie potępiam. Idź i już więcej nie grzesz”.

Mówi „lewo”, idzie w prawo

Łatwo się śmiać z człowieka, który nie umie odróżnić lewej od prawej strony. Albo łatwo jest gardzić i potępiać – zależnie od okoliczności.

Czemu o tym piszę? Bo coś takiego właśnie zdarzyło się Jonaszowi. Był posłany przez Boga jako prorok – człowiek z konkretnym słowem do konkretnej grupy – do miasta Niniwy. Było to słowo ostrzeżenia: nadchodzi kara za grzech. Po co? Jonasz dobrze przewidział: żeby mieli szansę nawrócić się.

To właśnie budziło jego sprzeciw i skłoniło do oporu, ucieczki. Miał silne poczucie niesprawiedliwości: dlaczego ci obrzydliwcy mają być wysłuchani przez Boga. Dlaczego cokolwiek dobrego miałoby ich spotkać? Czy nie zasłużyli sobie na potępienie?

Przyznajmy, ileż to razy w codziennym życiu i tym wirtualnym myślimy dokładnie to samo o pewnym człowieku, grupie? – Ten gościu – myślę – nie tylko jest już za głęboko w swoim bagnie, żeby go wyciągać. On wręcz zasługuje na to bagno, żeby się utopił! I będzie na tej ziemi lżej o jednego oszusta, złodzieja, zboczeńca.

Wiedział przecież, co robi! Wiedział i brnął dalej! Wiedział? Czy ja wiem zawsze, co jest za rogiem? Czy ktoś mi dał gwarancję na bezbłędność? Czy ktoś mnie wyleczył na dobre z głupoty? Czy ktoś sprawił, że mam jakiejś specjalne serce, nieprzewrotne? Dziś tak, a jutro inaczej. Ludzkie.

Dlatego właśnie Niniwa – miasto obrzydliwców, bałwochwalców, prostytutek, kanalii, szyderców i złodziei, miasto „nienawracalne”, stracone, miasto grzechu – dostaje szansę. Dlatego z tej szansy korzysta, szczerze i z zapałem (kto by pomyślał, serio!). I dlatego Bóg mówi:

A Ja nie miałbym żałować Niniwy, tego wielkiego miasta, w którym żyje więcej niż sto dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy nie umieją rozróżnić między tym, co prawe, a tym, co lewe, a nadto wiele bydła? (Jon. 4:11, BW)

Sto dwadzieścia tysięcy – taki Wałbrzych – znika z powierzchni ziemi. Tego chcesz? Ludzie, którzy nie odróżniają, gdzie prawe, a gdzie lewe? Głupia rzecz. A jednak. I nagle ten najgorszy typ – w oczach ludzi godny najgorszej kary wymierzonej lekką ręką, okazuje się po prostu głupim ślepcem – godnym współczucia w oczach Boga. Godnym ostatniej szansy, zanim nadejdzie sąd.

Nie ma przecież ludzi, których powinno się spisać na straty. Nikt nie chce takim być. I nikt nie musi. Ostatnią szansą jest Jezus.