Mogę czasem wymiękać

Napotykam nieraz w Piśmie werset zachęcający, choć pozornie bezlitosny. W księdze przypowieści Salomona napisano:

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła (Przyp.Sal. 24:10, NBG)

Zdanie zaczyna mnie zachęcać, kiedy odwrócę jego sens:

Jeśli (dopóki) nie zwątpiłeś w dzień niedoli – mocna jest twoja siła.

Ten „dzień niedoli” mógł być dawniej – przetrwałem go i wspominam jako pokrzepiający przykład. Niedolę mogę mieć i dziś, i wtedy… ufam, więc jestem.

Znajomy napisał: 

tak, to dobry werset i ja nie zwątpiłem, gdy było źle, ale…  wiesz, i tak myślę, że moje siły są wątłe. A jeśli cokolwiek było we mnie silne, to chyba tylko bunt – musiałem go poddać Bogu.

Rozumiem to, na swój sposób. Jest w tym wiele racji. Ale dodam jeszcze coś od siebie: zauważmy, że Salomon powiedział:

zwątpiłeś

a nie:

wymiękłeś.

Mogę czasem wymiękać, mogą mnie opuszczać siły, mogę czuć, że życie jest zbyt trudne, sytuacja mnie przerasta. Ale prawdziwa moc kryje się w nadziei, w zaufaniu, w woli, by nie zwątpić. Nawet, gdy wszystko mi mówi, że nie mam szans albo przegrana, tragedia, śmierć stała się faktem.

Jeśli nawet wymiękam, lecz nie wątpię w „dzień niedoli”, to wielka jest moja siła. Bo jej źródłem jest sam Bóg – mój Tata.

Reklamy

Głupie gadanie

Mówią, że im człowiek starszy, tym częściej mu się zdarza myśleć: jak ja, kurde, mało wiem. Im człowiek dojrzalszy, tym więcej pytań i mniej odpowiedzi. Im człowiek mądrzejszy, tym głupszy? Jak to?!

Do takiego słusznego wieku musiał dojść Sokrates, gdy wypowiedział słynne „wiem, że nic nie wiem”. Podobną dojrzałością cechował się Apostoł Paweł, Szaweł z Tarsu, znawca Pism i Prawa, wykształcony, sroce spod ogona nie wyleciał, a jednak…

Bracia, nie przybyłem do was, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. (1 Kor 2:1-2, BT)

Na pewno nie jest to pochwała ignorancji. Paweł pisze „postanowiłem nie znać/ nie umieć”, a tak może powiedzieć tylko ktoś, kto coś więcej zna i umie. Kiedy tak powie profesor, to nadstawimy ucho, co zamiast…? Kiedy to powie żółtodziób, zaraz prychniemy, że cymbał.

Paweł z pewnością coś wiedział i umiał. Listy apostolskie, będące próbką jego talentu, oddają łatwość, z jaką potrafił przywoływać wersety z Pism hebrajskich, żonglować nimi i perorować. Takie wyznanie, jak z powyższego cytatu, można by więc uznać za przejaw kokieterii.

Z drugiej strony, co bym powiedział o Pawle, gdyby nie ten cytat? Że jest jakimś uczniem sofistów, którzy w tych czasach mieli już łatkę retorów, co to każdego kota ogonem odwrócą. „I nikt nas nie przekona, że czarne jest czarne…” Tak i Paweł naumiał się Prawa, a teraz na podstawie Mojżesza i proroków spiera się z wyznawcami… Mojżesza i proroków!

No, dosyć tych fantazji. Przecież napisał wyraźnie: nie przyszedłem, żeby kazać wyniośle ex cathedra, brylować i błyszczeć, nie… Postanowiłem wrócić do prostoty. – Na czym się znam? – Pytacie. Na Jezusie. I to ukrzyżowanym. Znam się na Chrystusie bezprawnie skazanym, haniebnie zamordowanym i pozbawionym czci. Oto moja wiedza. Kupujecie to?

No właśnie. Dlatego pisze Paweł dalej: „przybyłem do was w słabości i w lęku, i w wielkiej trwodze” (2:3, BW) Dzisiaj mamy trochę inny kontekst, mówię komu: słyszałeś o Jezusie na krzyżu? – Pewnie, stary, ale o co ci chodzi? – Chrystus jest dziś inną figurą kulturową niż wtedy. Ale jedno się nie zmieniło: mowa o krzyżu jest głupia.

Oczywiście, żeby to przyznać, trzeba zdjąć płaszczyk religijności. I okulary mądrali. Głupio się wtedy wygląda. A może ta głupota to nie głupota, ale taka „niezręczna cisza” – miejsce na „Ducha i moc”. To są dwie rzeczy, których boją się wszyscy mądrale.

Trzymaj fason, odrzuć moc

Jaka jest różnica między niedzielnym kierowcą, a niedzielnym chrześcijaninem? Niewielka. Ale nie tylko o chrześcijan tu chodzi, o wszystkich!

„A to wiedz, że w dniach ostatecznych nastaną trudne czasy: ludzie bowiem będą… [tu katalog najgorszych cech], będą okazywać/przybierać pozór/formę /trzymać fason pobożności/bogobojności/religijności, ale wyrzekną się/będą przeczyć JEJ mocy.” (2 Tym 3:1-5)

Co mnie uderzyło: pobożność ma moc! Nie jest więc tak, że mocy udziela nam z góry tylko Pan Bóg. Owszem, On jest źródłem, ale… rewelacja: jest i moc pobożności! Brzmi świetnie. Jak mogę tę moc pozyskać? Kupić na bazarze, w hipermarkecie? Wypić ze słoika jak sok z ogórków? Wywołać zaklęciami? Nie. Chodzić w niedzielę do kościoła? A, to właśnie jeden ze sposobów na „trzymanie fasonu pobożności”.

A czym jest ta prawdziwa pobożność? Eusebeia (gr. εὐσέβεια) jest to właściwe, odpowiednie, stosowne, należyte, godne zachowanie, postępowanie, w odniesieniu, przez wzgląd, szacunek dla bogów, sacrum. Słowo znane nie tylko z Nowego Testamentu, ale i greckiej filozofii. Potocznie: dobre uczynki. Dosłownie akty „dobrej bojaźni”, czci, okazywanie respektu – rodzicom, starszym, mistrzom, władcom, czy wreszcie jedynemu Bogu (do tego zmierzam). I to ma moc.

Proste i posłuszne chodzenie za podszeptami Boga, wcielanie w życie jego rad, nienaganne praktykowanie dobroci, tylko dlatego, że mam dla niego respekt, ma w sobie moc cudów! Cuda są różne. Od prozaicznej „szlachetnej paczki” po „niewiarygodne” uzdrowienia ze ślepoty i innych beznadziejnych przypadków. Na mój chłopski rozum, to chyba powinno rajcować każdego bez wyjątku, nie?

Apostoł Paweł pisze jednak, że nastaną trudne czasy, kiedy ludzie będą podli. Jednocześnie będą religijnymi pozerami, którzy zaprzeczają, negują, wypierają, zapierają się i wyrzekają, odwołują, odrzucają, odmawiają, odpychają, nie przyjmują, wzbraniają się, odwracają, wystrzegają, oddalają i unikają MOCY pobożności.

Dlaczego?! No bo że są podli – to rozumiem, skłonność do samolubstwa jest w każdym z nas. Że są pozerami – to też zrozumiałe, nikt nie lubi uchodzić za podłego. Ale dlaczego nie chcą mocy? Może dlatego, że ona kosztuje. A więc jednak można ją kupić? W pewnym sensie… dobrymi uczynkami – tak. Tylko po co kupować coś, co przyda się wszystkim innym naokoło, tylko nie mnie? Po co dawać, jeśli można brać? Po co być pobożnym, jeśli można trzymać fason? Po co mieć moc?

Pragnienie siły

Czasami czuję, że potrzebuję wyjąć ze Słowa pocieszenie. Pocieszenie, które jest też pouczeniem: co myśleć w mojej sytuacji? Pocieszenie, które jest wzmocnieniem, żeby się nie poddawać.

I żeby wiedzieć, jak walczyć, kiedy już nie mam na to siły. Kiedy wiem, że powinienem przestać się prężyć, tylko odpocząć. A żona tyle za mnie robi i jeszcze mi pomaga. Tyle spraw zaniedbałem, tyle… A może jednak mógłbym to zrobić, może dałbym radę, a nie dałem – do kitu z tym. Znaczy: nie sprawdziłem się.

Nie wiem, jak coś takiego znoszą kobiety, ale dla mężczyzny ograniczenie mocy do działania jest chyba jednym z najbardziej depresyjnych czynników. Ale smutek nie jest bożą wolą dla nikogo, może tylko na krótki czas żałoby (to nie mój przypadek). Mam się po prostu cieszyć. Na tę okoliczność przypomina mi się w pierwszej kolejności popularny werset z Drugiego Listu do Koryntian:

– Dość masz, gdy masz łaskę moją, albowiem pełnia mej mocy okazuje się w słabości. – [Powiedział Pan do Pawła – przyp. JPZ] Najchętniej więc chlubić się będę słabościami, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusowa. (2 Kor. 12:9, BW)

Wiadomo, że Pawłowi coś dolegało. Twierdził, że to miało sens: męczyło go, żeby się zbytnio nie wynosił. Możliwe. Każdy szuka uzasadnienia dla własnego cierpienia, kiedy go coś dopada. Ja też szukałem. Czy to mi coś dało? Na pewno nie siłę ani moc.

Ale tutaj jest mowa o tym: pełnia mocy okazuje się/doskonali/najlepiej działa w słabości. Jak to mam rozumieć w mojej sytuacji? Nie widzę, żeby przez tę moją słabość jakaś moc tryskała. Nic takiego nie ma miejsca. Czy moja słabość, to jest ta słabość, o której tu mowa? Pomógł mi słownik biblijny, kliknąłem na to słowo, którego używa Paweł i oto, co zobaczyłem (własne tłum. z ang.):

Słabość może dotyczyć
1) ciała, jako niemoc
a. naturalna, przyrodzona słabość, wątłość, kruchość
b. ułomność, niedołęstwo, choroba
2) duszy, jako pragnienie siły, zdolności, by
a. zrozumieć rzeczy
b. czynić rzeczy wspaniałe, chwalebne
c. powstrzymać grzeszne pragnienia
d. znieść próby i kłopoty

Wszystkie te punkty zaskakująco ściśle ze sobą związane. Przynajmniej dla mnie, kiedy łączą się z moimi uczuciami. Zupełnie rewolucyjny dla mojego rozumowania jest punkt drugi: słabość jako pragnienie siły! Wszystkie te (pod)punkty pozwalają mi też zrozumieć, jak może się okazać pełnia mocy Chrystusowej: w ciele – przez nadnaturalne uzdrowienie (wciąż w nie wierzę), w duszy – przez zaspokojenie pragnień, które nie pojawiłyby się (nie z taką mocą), gdybym nie doświadczał co jakiś czas słabości.

Hipopotam i krokodyl

Oto boży argument przeciw mojemu narzekaniu. Co mogę dobrego napisać o Bogu, skoro dopuścił na mnie chorobę i skoro nie jest to kara (bo przecież zbawił mnie)?

Mam już dość, mam to wszystko gdzieś, nie mam siły! Co ja mogę dobrego napisać, skoro czuję się marnie, bezużytecznie, bez siły i nadziei nawet? Nie mam ochoty na nic, nawet na to, na co miałbym teraz ochotę. To nie ma sensu, ten cały ból i bezsilność. Nie ma sensu mój ból i cierpienie.

Podobnie czuł się i mówił Job, na co Bóg odpowiedział w przedziwny sposób. Postanowiłem to spisać, streścić i zrozumieć:

Czy miałeś, masz jakiś udział w stworzeniu? Co wiesz o naturze świata? Na czym są osadzone jej (Ziemi) filary albo kto założył jej kamień węgielny? (Job. 38:6, BW – notabene: polecam ten tekst) Którędy prowadzi droga tam, gdzie przebywa światłość, a gdzie jest miejsce ciemności, (Job. 38:19, BW). Czy masz moc powołać świt, przesuwać gwiazdy i chmury, spuszczać deszcz, dopilnować równowagi w naturze, właściwego jej rozwoju i charakteru, w pełni zawładnąć zwierzęciem i powierzyć mu ważne zadania?

Czy chcesz rzeczywiście podważyć moją sprawiedliwość, pomówić mnie o krzywdę, aby okazać, że masz słuszność? (Job. 40:8, BW)

Czy jesteś mi równy? Ukarz i upokórz zło na świecie. Śmiało. Nawet cię za to pochwalę. Albo czy zmierzysz się z innym stworzeniem? Spójrz na hipopotama i krokodyla, stworzone przeze mnie jak ty, tak potężne i wspaniałe.

Rozumiem z tego wszystkiego tyle, że gdybyśmy my ludzie, ja i Job, byli przy powstaniu świata, znali wszystkie jego prawidła i tajemnice, mieli moc panować nad żywiołami, a także zapobiegać złu i niesprawiedliwości, którą wokół widzimy, wtedy może zrozumielibyśmy, dlaczego doświadczyliśmy czegoś złego, choć wcale nie jest to karą za grzechy, jak próbowali to wmówić cierpiącemu Jobowi jego „przyjaciele”.

Ale Bóg wciągu swej długiej mowy (najdłuższej w Biblii) nie odpowiada wprost na pytanie: „dlaczego?” Albo odpowiada pytaniem na pytanie, jakby wskazując, że u samych podstaw mojego żalu tkwi błąd: zarzucam Bogu celowe i niesprawiedliwe działanie, polegając zaledwie na logice, w której brakuje tysiąca istotnych argumentów. A brakuje, gdyż mam nikłe pojęcie o tym, co, jak i dlaczego Bóg robi od założenia świata.

Jestem nikim

…w pewnym sensie. Ja sam w sobie, jeśli obedrzeć mnie z darów bożych jak ze skóry, jestem nikim. I szczerze mówiąc, mało która rzecz może mnie tak wyluzować.

Przypatrzcie się zatem sobie, bracia, kim jesteście według powołania waszego, że niewielu jest między wami mądrych według ciała, niewielu możnych, niewielu wysokiego rodu, ale to, co u świata głupiego, wybrał Bóg, aby zawstydzić mądrych, i to, co u świata słabego, wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne, i to, co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić, aby żaden człowiek nie chełpił się przed obliczem Bożym. (1 Kor. 1:26-29, BW)

Wyobrażam sobie, że te słowa Apostoła Pawła od wieków musiały nieodmiennie luzować napiętych, uspokajać nerwusów i brać za chabety wszystkich pędziwiatrów. Ja między wierszami czytam nawet więcej: – Chcesz dokonać czegoś nieprzeciętnego? Dobrze, i dla ciebie znalazł się plan, bo Bóg cię wybrał. Byłeś głupi, biedny, niskiego rodu, słaby, wzgardzony, w ogóle byłeś niczym i nie miałeś nic, czym byś mógł się pochwalić. Z drugiej strony dzisiaj jesteś mądry, bogaty, wysokiego rodu, mocny, podziwiany, dziś jesteś kimś i masz z czego się chlubić. Paweł pisze dalej:

Ale wy dzięki niemu jesteście w Chrystusie Jezusie, który stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i poświęceniem, i odkupieniem, aby, jak napisano: Kto się chlubi, w Panu się chlubił. (1 Kor. 1:30-31, BW)

Ten cały fragment dotyczy nie tylko natury każdego z nas, ale tego, co wychodzi z ust, z rąk, co jest twórczością człowieka, co może zyskać uznanie. Paweł podkreśla kontrast, jaki powstaje między tym, co godne u ludzi, a tym, co uznaje za cenne Bóg. Nie chodzi w tym o to, że piękno, sława, siła, intelektualna sprawność i oraz wszelkie mistrzostwo w sztuce i nauce jest nic nie warte. Chodzi o to, że wszelkie szczyty osiągane ludzką siłą, wyglądają mizernie przy dziełach bożych, które powstają z niczego. Mogę sobie gadać, rozprawiać o swoich dokonaniach, ale pewnego dnia przyjdzie ktoś i zapyta: a gdzie twoja moc? Paweł pisze właśnie coś w ten deseń trzy rozdziały dalej: Ja jednak przyjdę do was wkrótce, jeśli Pan zechce, i zapoznam się nie ze słowem pysznych, lecz z ich mocą. Albowiem Królestwo Boże zasadza się nie na słowie, lecz na mocy. (1 Kor. 4:19-20, BW)