Nie wytrzymam na wolności

Dzisiaj nic nie napiszę „do słuchu”. Nie mam bon motu, puenty i „kredą w kominie” (choć lubię). Ale tylko parę myśli dręczących na temat wolności. Żeby się może komuś udzieliło. Przeczytałem: 

Ale oni, nasi przodkowie, hardzie czynili; usztywnili swój kark i nie słuchali Twoich nakazów. Owszem, nie chcieli słuchać oraz nie wspominali Twoich cudów, które przy nich czyniłeś. Usztywnili swe karki, mianowali sobie wodza, by w swym uporze powrócić do niewoli. Lecz Ty ich nie opuściłeś, Boże przebaczający, łaskawy, miłosierny, nieprędki do gniewu na twarzy oraz wielkiej miłości. (Neh. 9:16-17, NBG)

Trzy zdania gwoli jasności:

  1. przodkowie wyszli z niewoli egipskiej;
  2. wybierając sobie króla, nie trafili w niewolę obcego ludu;
  3. wybierając sobie króla, trafili w niewolę własnego króla.

Ciekawe: będąc poddanym króla, w pewnym sensie jestem niewolnikiem. Podobnie jest w republice, choć w bardziej zawoalowany sposób. Czy więc warunkiem prawdziwej wolności jest anarchia? Nie, przecież Bóg uwolnił Izraela, a przy tym miał być jego Królem. To się ze sobą nie kłóci.

Chociaż faktycznie, jest tu jest pewien paradoks: warunkiem prawdziwej wolności jest… poddanie się – temu jedynemu właściwemu Królowi. Może tak być z jednego powodu: to jedyny król, który daje wolną wolę. „Kładę przed tobą życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo”. 

Jedni wybierają życie, a drudzy, bardziej lub mniej świadomie – śmierć. Zabawne, że jedni i drudzy uważają siebie za bardziej wolnych. A przecież oba wybory są równie wolne. Tylko konsekwencje są różne. I nawet nie chodzi o sąd ostateczny, który czeka wszystkich; „dobrych” i „złych”.

Napisane jest: kto choć raz zgrzeszył, ten jest niewolnikiem grzechu. To zupełnie pod włos obiegowej opinii, że wolność oznacza niezależność, czy wręcz przekorę.

Chyba dlatego właśnie powstały religie i królestwa, państwowość, do dziś silnie zazębione, żeby tę anarchię okiełznać setkami ludzkich nakazów i zakazów. A my, Polacy, wiemy dobrze, że ani obca, ani własna władza… No właśnie. Ciekawe, prawda? Ciekawe o tyle, że nie zaczyna się w Sejmie czy Episkopacie, tylko w domu. W każdym domu.

Reklamy

A mogło(by) być tak pięknie

Na scenę wpada technik gwiazdora. Przystaje zaraz przy kulisach, omiata wzrokiem estradę i zamienia się w kamień. Na twarzy przerażenie. 

W końcu udaje mu się wydusić parę słów:
– A wy… co wy tu teraz robicie?
– No cześć, rozstawiamy się – Odpowiada perkusista oderwany od swoich statywów.
– Ale wy wiecie, co tu się będzie działo za dwie godziny?
– No jasne, będzie świetny koncert, a my gramy support. – Uśmiecha się zadowolony muzyk. Z twarzy technika nie schodzi przerażenie.
– Nic nie rozumiesz, mister H. będzie tu grał za dwie godziny. Musisz to wszystko sprzątnąć.

Zaczęły się telefony do menedżerów. Wszystko było umówione dwa miesiące wcześniej. Ale ostatecznie support musiał zagrać… po gwiazdorze. – No i co miałem robić, musiałem się z tym zmierzyć: rozstawić bębny i zagrać po H., słynnym bębniarzu, którego przyszli słuchać moi koledzy i znajomi perkusiści. I to właśnie ich obecność była najgorsza – opowiadał Cezary Konrad.

Pierwsze dwa utwory poszły strasznie. Następne już lepiej. Ale co było najlepsze, że kiedy przeżyłem ten stres, następne grania to było kilka „życiówek”, zero oporów, spinki, wszystko mi wychodziło.

– W tej historii są trzy elementy wspólne z fragmentem księgi Ezdrasza (cytat niżej):

  1. szok i przerażenie;
  2. wola zmiany – niewygodnej, wymagającej poświęcenia i której nie wszyscy przyklaskują;
  3. pozytywne konsekwencje.

No a Ezdrasz mówi tak:

A kiedy to usłyszałem, rozdarłem moją suknię i mój płaszcz, rwałem włosy na mojej głowie i brodzie oraz siedziałem przerażony. Zatem zgromadzili się przy mnie wszyscy, co drżą przed słowem Boga Israela, z powodu przestępstwa tych z niewoli; a ja siedziałem przerażony aż do wieczornej ofiary. (Ezd.10:3-4, NBG) 

Podobnie współczesny mu Nehemiasz: 

Kiedy usłyszałem te słowa, usiadłem oraz płakałem przez kilka dni, poszcząc oraz modląc się przed obliczem Boga niebios. (Neh. 1:4)

Powodem zmartwienia Ezdrasza (tego, co odbudował Świątynię po niewoli babilońskiej i ocalił dla potomnych tekst Tory) – były małżeństwa mieszane, które stały się w Izraelu powszechne i prowadziły wprost do bałwochwalstwa. Nehemiasz (kierownik odbudowy Jerozolimy) załamał się właśnie ruiną murów świętego miasta.

Ale jakie silne emocje musiały targać jednym i drugim, jeśli wywołały taką reakcję! Co więcej, skłoniły też innych do żarliwej pokuty i działania. Oddalenie przeszło stu cudzoziemskich żon (licząc tylko te od mężów wymienionych z imienia, a może więcej) – gruba sprawa. Odbudowa murów – to też nie przelewki.

Bardzo mnie to porusza. I myślę, czy ja byłbym zdolny do tak gwałtownej i głębokiej, szczerej reakcji. Czy mogę równać się z Ezdraszem, który z racji swej misji kopisty musiał być fanatykiem pism i Słowa Bożego. Dobrze wiedział więc, jaka jest Boża wola. I tylko przez fakt, że siedział po uszy w Słowie, dostrzegł jaskrawy kontrast i całą obrzydliwość sytuacji. Nie pozwolił sobie na „przyzwyczajenie”. Modlę się o takie objawienie.