Mogę czasem wymiękać

Napotykam nieraz w Piśmie werset zachęcający, choć pozornie bezlitosny. W księdze przypowieści Salomona napisano:

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła (Przyp.Sal. 24:10, NBG)

Zdanie zaczyna mnie zachęcać, kiedy odwrócę jego sens:

Jeśli (dopóki) nie zwątpiłeś w dzień niedoli – mocna jest twoja siła.

Ten „dzień niedoli” mógł być dawniej – przetrwałem go i wspominam jako pokrzepiający przykład. Niedolę mogę mieć i dziś, i wtedy… ufam, więc jestem.

Znajomy napisał: 

tak, to dobry werset i ja nie zwątpiłem, gdy było źle, ale…  wiesz, i tak myślę, że moje siły są wątłe. A jeśli cokolwiek było we mnie silne, to chyba tylko bunt – musiałem go poddać Bogu.

Rozumiem to, na swój sposób. Jest w tym wiele racji. Ale dodam jeszcze coś od siebie: zauważmy, że Salomon powiedział:

zwątpiłeś

a nie:

wymiękłeś.

Mogę czasem wymiękać, mogą mnie opuszczać siły, mogę czuć, że życie jest zbyt trudne, sytuacja mnie przerasta. Ale prawdziwa moc kryje się w nadziei, w zaufaniu, w woli, by nie zwątpić. Nawet, gdy wszystko mi mówi, że nie mam szans albo przegrana, tragedia, śmierć stała się faktem.

Jeśli nawet wymiękam, lecz nie wątpię w „dzień niedoli”, to wielka jest moja siła. Bo jej źródłem jest sam Bóg – mój Tata.

Reklamy

Margines błędu

Byłem ostatnio na warsztatach perkusyjnych z Cezarym Konradem – znanym muzykiem, który nie szczędził nam – uczestnikom – różnych zabawnych i pouczających anegdot. Opowiadał na przykład:

– A teraz bez tego. – Powiedział Zbyszek Namysłowski i zasłonił, prawie oparł się o mój ride. – Ale jak to? – Pomyślałem. – No trudno, pewnie wie, co robi. – Nie muszę wam mówić, jak się męczyłem…

Każdy, kto słuchał choć trochę jazzu, wie, że bez ride’a – tego największego talerza w zestawie perkusyjnym – może być ciężko zagrać stylowy kawałek. A jednak w tym przypadku to umyślne upośledzenie perkusisty wyszło na dobre dla całego nagrania.

Przypomniało mi się to, kiedy czytałem dziś w Przypowieściach Salomona:

Całym twym sercem ufaj Wiekuistemu i nie polegaj na twojej własnej mądrości. (Przyp. Sal. 3:5, NBG)

Zatrzymałem wzrok na tych słowach, na „własnej mądrości”. Znaczy co, mam dać sobie wyprać mózg? Nie, nawet jeśli przyjmę cudze przekonania i sposób myślenia, to przyjmę jako… własną mądrość.

A może mam w ogóle pogardzić mądrością? Nie, nie mógł mądry Salomon pochwalać głupoty. Radził tylko, żeby na własnej mądrości „nie polegać”.

Zamiast tego… ufać Bogu. To znaczy powinienem robić najmądrzej, jak umiem. Ale – tak jak dziecko – nie do końca być pewnym, co z tego wyjdzie. A jeśli wyjdzie co złego, Tata naprawi.

Pamiętaj o Nim na wszystkich twoich drogach, a wtedy On wyrówna twoje ścieżki. (6)

To nie zwalnia z odpowiedzialności.

bój się Wiekuistego i stroń od złego (7b)

…ale uwalnia od presji pt. „a co, jeśli zrobię coś odrobinę nie tak?” Albo od obaw: „a co, jeśli zrobiłem wszystko dobrze, a skończy się źle?” Ufność Bogu pozwala przetrwać trudne momenty, bo mam nadzieję, że sprawy nie skończą się tak fatalnie, jak wszystko na to wskazuje. 

Ufność Bogu wreszcie pozwala osiągnąć więcej, niż sobie wyobrażałem, że mogę. Bo po mojemu nie mam szans na przeskoczenie poprzeczki. „Nie polegaj na własnej mądrości”.

Wszystko się może zdarzyć, nie tylko cuda, które ludzkiej mądrości urągają. (Bogu dzięki.) Ale też czasem okazuje się, że mój ogląd rzeczy na początku był fałszywy. Nie ogarniam tej wielkiej układanki, którą Bóg rozumie i kontroluje. Muszę więc zrobić margines błędu mojej mądrości, jak największy. Zagrać czasem bez niej, jak bez tego talerza.

Tylko staw się i stój!

Zegar tyka. Palce stukają o blat. Oczy wędrują to na zegar, to na palce. To znów na monitor, ale tamtędy prześlizgują się tylko. Nie ma szans skupić się na czymkolwiek. Tylko ten zegar, stukanie w blat. Czekanie. No dobrze, pora iść. Wstaje i bierze głęboki oddech, przeciera czoło. Ręka ześlizguje się po klamce. „Ręka? Jaka spocona! Do cholery, to już przesada. Wziąć się w garść trzeba”. Wychodzi, trzaska. Trzasnęło jakoś za mocno chyba. „Może tym zajmę myśli, zmartwię się zastępczo…” Idzie przez korytarz długi i ciemny, światła na automat wyłączają się zaraz dla oszczędności. Idzie przez zapach wytartej wykładziny i starej farby. Idzie, by stanąć i zawahać się przed samym wejściem, przed tabliczką „Dyrektor”. Zerka w bok. I wchodzi natychmiast, patrzy – tu on, dyrektor, trochę zaskoczony, że bez pukania… tam mignęła ona, której nie chce widzieć. Nie chce i dlatego tak nagle wparował. Jeszcze przez te pięć sekund uniknąć wzroku i „dzień dobry”. „Na pewno przygotowała się świetnie ta jędza. Papiery ma, tak, papiery na mnie, coś niosła. Oszczerstwa, puste słowa. A jednak słowa. I potem słuchaj: słowo przeciwko słowu. A czyje? Czy nie kłamliwe? To już nieważne, nieważne. Przechlapane”. A jednak przyszedł.

* * *

Zegar tyka. Długopis pędzi po kartce jakby w obłędnym natchnieniu. Geniusz? Ha, o piękna ironio! Dureń, błazen, cymbał, ale nie geniusz. Nic, nic nie wiedziałem. Nie wiedziałem przez te okropne pół godziny pustki. Jakby między uszami hulał wiatr. I w końcu olśnienie. Marne, bo marne, ale uchwyciłem się tej myśli, tego przebłysku pamięci, konceptu, który ma szanse na tróję, może czwórkę nawet. Może całoroczna średnia jest uratowana? Został kwadrans, a ja się modlę, żeby chociaż bez błędów to poszło. Z nerwów zjadłem już pewnie tuzin przecinków. Może nie warto było próbować? Przecież był ten drugi termin, poprawkowy. Wtedy, właśnie wtedy trzeba było przyjść, odroczyć to o parę dni, przygotować się. A jeśli i wówczas miałbym to samo zaćmienie, co dziś? Lepiej mieć drogę odwrotu. Lepiej spróbować pierwszej nadarzającej się okazji. Żeby móc wcześniej wygrać. Albo wcześniej ponieść porażkę. A jednak przyszedłem.

* * *

Zza miejskiego muru wstaje słońce. Gdzieś tam, w oddali majaczy pustynia Jeruel i podnóża gór, i wejście do doliny. To miejsce wzywa. Pomruk bitwy, której nie chcemy, a na którą jesteśmy skazani. Albo na zgnicie w głodowych męczarniach, w mieście oblężonym przez Moabitów i Ammonitów. Nie, to wykluczone. Padły już słowa. Wypowiedziane z przekonaniem i mocą. I z nadzieją.

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Kron. 20:16-17, BW)

Co robię w złe dni

Siedząc w dole, naturalnie myśli się, że z dołu trzeba wyjść jakoś kozacko, przebojem, coś przy okazji udowodnić i zadziwić gapiów. – To ponad moje siły. Ale wystarczy coś bardzo małego…

Mam dość, czuje się beznadziejnie i beznadziejny. Cztery dni bólu głowy, jakby kto młotkiem łupał i słabości, i – mam wrażenie – zupełnej bylejakości, że jak nie mam siły, to prawie wszystko w domu i w pracy jest mi obojętne.

Może mam prawo tak się czuć? To nic nie zmienia. Ale może Słowo coś zmieni. Pamiętam, ostatnio czytałem…

Jeśli zwątpiłeś w dniu niedoli – wątłą jest twoja siła. (Przyp 24:10)

Oczywiście, ta moja niedola to żadna niedola. Ludzie mają sto razy gorsze problemy. Można ten werset zinterpretować tak, że tylko pogorszy mój stan. – Bo jeśli oni dają radę, a mają gorzej, to co mam myśleć o sobie? Pewnie, że słabiak!

Nie, takie zrozumienie mi się nie podoba. To jest gadanie kogoś, kto akurat ma się dobrze i przeczyta werset, i pomyśli: – tak, przyjdzie ten zły dzień i wtedy pokażę na co mnie stać! – Gucio! Nic nie pokaże.

Inaczej i lepiej zrozumie to ktoś, komu jest źle. Nieważne, czy jego udręka jest wielka, czy mała. Pomyśli tak: – nie jest dobrze. Czuję się słabo. Ale tu jest napisane coś o sile. Wątła jest moja siła, jeśli… zwątpiłem. Nie, nie zwątpię.

To nie jest przecież takie trudne, nie przerasta mnie. Nie muszę dokonywać niemożliwego, pokazywać muskułów, charakteru ze stali i ducha walki jak dzwon. Wystarczy… nie wątpić.

W co? W co tylko chcę, jeśli jest sprawiedliwe. Mogę to zrobić! A jeśli teraz, gdy jest mi trudno, nie wątpię, ale ufam Bogu, wierzę, to i moja siła jest… niewątła, znaczna, rzeczywista. Naprawdę? Tak, naprawdę!

Wiem, na ile mnie stać. I po co?

„Wiem, co za ile, nie muszę dbać o bilet” – znamy piosenkę z „Kilera”. Czasem to jest błogosławieństwem, a czasem… wręcz przeciwnie. Dlaczego? Wystarczy poznać jedną z historii Dawida.

W księdze Kronik czytam o ciekawej sytuacji: Dawid – izraelski król, na ogół bezbłędny w trzymaniu się litery i ducha bożego prawa, dopuszcza się przestępstwa. A że był nie tylko znawcą, ale i miłośnikiem prawa, wykroczenie najpewniej było świadome. Zresztą później z tego pokutował. Co go podkusiło? Albo ważniejsze: dlaczego?

Wtedy wystąpił szatan przeciwko Izraelowi, pobudziwszy Dawida do tego, aby policzył Izraelitów. Rzekł Dawid…:
– Idźcie i policzcie Izraela… i donieście mi, abym znał ich liczbę. – Lecz Joab rzekł:
– Niech pomnoży Pan lud stokrotnie w porównaniu z tym, ile go jest teraz; lecz, panie mój, królu, czyż nie są oni wszyscy sługami mego pana? Po cóż pyta o to mój pan? Po co ma to być przewinieniem Izraela? (1 Kron. 21:1-3, BW)

Ostatecznie król, jak to król, postawił na swoim. Joab – główny dowódca – z obrzydzenia wobec rozkazu – nie wypełnił go do końca, pominął w spisie dwa z dwunastu plemion. Ale i tak Izraela spotkała kara za ten spis. O ile się nie mylę (jeśli tak, to krzyczcie) i dobrze czytam, i szukam, nie ma w Biblii wyraźnego zakazu: nie wolno liczyć Izraela. Zdarzały się spisy nie tylko nie karane, ale wręcz nakazane przez Boga. Tyle że były odpowiednio przeprowadzone, między innymi zawierały element okupu: zamiast ludzi, liczono de facto wniesione przez nich opłaty.

Skąd więc wina i kara? Mój znajomy znawca tematu twierdzi, że chodzi o ideę niepoliczalności, która kojarzy się łatwo z obietnicami Boga dla Abrahama, że jego potomstwo będzie jak gwiazdy, jak piasek, że będzie niezliczone. Inna interpretacja mówi, że liczba mężczyzn zdolnych do walki, którą Dawid poznał w rezultacie spisu, dawała możliwość kalkulacji i samodzielnych decyzji bez szukania bożej rady, głosu, prowadzenia. Nie mówiąc już o powodach do dumy, pożywce dla królewskiej pychy.

Tak czy inaczej, łatwo to jest przełożyć na współczesność i moją osobistą sytuację. Bo przecież i ja mam obietnice od Boga, jakieś powołanie, plan, przeznaczenie. Skoro chcę je wypełnić, muszę pokonać przeciwności; wiedzieć, na co mnie stać. Mierzyć zamiary na siły. A może nie?

Może wystarczy mi do szczęścia wiara, że Boża miłość do mnie, jego błogosławieństwo jest bezkresne jak ocean. Może nie muszę tego sprawdzać, próbować objąć, wywalić gały, żeby ten horyzont jakoś przybliżyć? Może nie muszę podpierać swej pewności siebie liczbami, może starczy Boże Słowo? Może czasem wystarczy zaufać, zamiast liczyć?